Święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc w polskiej tradycji zawsze oznaczały jedno – rodzinę przy jednym stole. Choinka migocze, pachnie świeżym barszczem z uszkami, ktoś nuci „Wśród nocnej ciszy”. Brzmi pięknie. Zamiast radości pojawia się pośpiech, zmęczenie i ciche (lub całkiem głośne) kłótnie. Na szczęście można to zmienić. Wystarczy kilka prostych trików, odrobina szczerości i zgoda na to, że nie wszystko musi być perfekcyjne.
Dlaczego święta często nas stresują?
Oczekiwania bywają kosmiczne. Dom ma lśnić jak z katalogu, na stole znaleźć się dwanaście potraw, każdy prezent być zapakowany jak dzieło sztuki, a wszyscy uśmiechać się bez przerwy. Rzeczywistość szybko sprowadza na ziemię. Ktoś przypali rybę, dzieciaki biją się o ostatnią bombkę, teściowa komentuje sól w bigosie. Do tego dochodzą zakupy w tłoku, sprzątanie kątów, których nikt zwykle nie ogląda, i gotowanie przez trzy dni. Najczęściej wszystko spada na barki jednej osoby. Gdy do tego dodać stare żale i rozmowy o polityce przy opłatku, powstaje gotowy koktajl Mołotowa pod choinkę.
Presja płynie także z mediów społecznościowych. Wszędzie widzimy zdjęcia idealnych rodzin, stołów i dzieci w perfekcyjnych sweterkach. Człowiek siada i myśli: „U nas tak nigdy nie będzie”. Zamiast cieszyć się tym, co ma, zaczyna gonić za cudzym obrazem.
Jak zaplanować święta, by nikt nie padł z wyczerpania?
Najlepiej zebrać wszystkich jeszcze w listopadzie – choćby na Zoomie – i szczerze porozmawiać. Co dla kogo jest naprawdę ważne? Jedni nie wyobrażają sobie świąt bez żywej choinki i wspólnego ubierania, inni marzą, by w tym roku ktoś inny ugotował barszcz. Sporządźcie listę zadań i podzielcie je sprawiedliwie. Karp, sprzątanie strychu, odkurzanie żyrandola, pieczenie makowca – wszystko może mieć swojego właściciela. Nawet piętnastolatek poradzi sobie z sałatką jarzynową albo zawinięciem uszek.
Drugie – odpuśćcie część tradycji. Jeśli nikt od lat nie je śledzia w galarecie, po co go przygotowywać? Lepiej mieć mniej potraw, ale wszyscy usiądą do stołu wypoczęci i w dobrych nastrojach. Kto mieszka daleko i nie może pomóc fizycznie – niech zrobi zakupy online albo przeleje pieniądze na wspólny budżet świąteczny. Nikt nie będzie miał pretensji, że „znowu się wymigał”.
A co z prezentami – Jak nie zwariować?
Losowanie to zbawienie. Jedna osoba – jeden prezent. Budżet ustalony wcześniej, najlepiej 100–200 zł. Nagle znika bieganie po sklepach i stres „co kupić cioci, której nic się nie podoba”. Dzieciom nie potrzeba góry zabawek. Trzy–cztery rzeczy, które naprawdę chcą, sprawią im więcej radości niż dwadzieścia przypadkowych. Resztę kasy lepiej przeznaczyć na wspólne przeżycie – bilety do kina, na kręgle, na basen termalny za miesiąc.
Niektóre rodziny wybierają „prezenty od serca”. Babcia dostaje album ze zdjęciami wnuków, tata – ręcznie malowaną skarpetkę z napisem „Najlepszy tata świata”, mama – własnoręcznie wykonany kupon na „jeden dzień bez obowiązków”. Koszt prawie żaden, wzruszenie gwarantowane.
Jak zadbać o siebie w tym świątecznym wirze?
Nie bądźcie męczennikami. Jeśli przygotowałeś całodzienny posiłek, masz prawo położyć się po 21:00, bez żadnych pretensji. Rano wyjdź na 15 minut samotnego spaceru. Albo zamknij się w łazience z książką pod pretekstem „muszę się umalować”. Rozłóżcie święta na raty. Wigilia nie musi trwać od 14:00 do 3:00 w nocy. Pierwszy dzień niech będzie leniwy – piżama do południa, resztki ciasta na śniadanie, planszówki. Na spacer lub odwiedziny u sąsiadów pójdziecie drugiego dnia, gdy wszyscy się wyśpią.
Najważniejsze – pozwólcie sobie na niedoskonałość. Przypalony bigos, krzywa choinka, dziecko płaczące przy pasterce – to wszystko w kilka lat stanie się najzabawniejszymi rodzinnymi historiami.
Autor: Kamila Makowska
